weekend naprawdę eksperymentowaliśmy. W sobotę z elektrostymulacją. Robert próbował przeróżnych kombinacji elektrod, sekwencji i mocy sygnałów. Było to ciekawe doświadczenie. Leżąc na łóżko byłam penetrowana elektrodami, przyczepiano mi je do ciała, pieszczono i karano impulsami. Niektóre próby kończyły się ekstazą, inne prowadziły donikąd, a jeszcze inne z przyjemnością, ta klasycznie rozumiana mało miały wspólnego. Te jednak sprawiły mi całkiem sporą przyjemność. Po wstępnym oswojeniu się z bólem szybko odnalazłam w nim przyjemność, a stopniowe zmuszanie ciała do pokonywania kolejnych barier dawało ekstatyczną, masochistyczną rozkosz. Najsilniej przeżyłam mocna stymulacje piersi za pomocą założonych na brodawki elektrod-krokodylków, a także podwójna parę elektrod umieszczonych w odbycie i pochwie i na łechtaczce i w cewce moczowej. Ta ostatnia sprawiła mi największą rozkosz.
W niedzielę była zabawa ze sznurem. Długa, zakończona asymetrycznym bondage połączonym z podwieszeniem, chłostą i zabawą z klamerkami i ciężarkami. Nocą zaś kochaliśmy się. Długo, namiętnie, czule. Jakby wynagradzając mi moja służbę, co chwilę ofiarowywał mi upojenie. Palcami, językiem, kochając się ze mną, ponownie palcami… Po raz ostatni obudził mnie z upojnego omdlenia ustami. Rozkoszy zaznałam na nim, kochając się w odwróconej pozycji misjonarskiej wijąc się na nim jak sunący po gorącym piasku wąż.

