poniedziałek rano Robert z ciekawości zapytał się mnie, czy podczas dnia, gdy nie ma go w domu, masturbuję się.
Troszkę mnie zaskoczył swoją ciekawością.
Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że tak. Problemy zaczęły się dopiero, gdy chciał się dowiedzieć jak często to robię. Hmmm… Sama nie wiem. Nie prowadzę statystyki. Mogłam mu powiedzieć tylko tyle, że robię to codziennie lub prawie codziennie, często kilkukrotnie w trakcie dnia. Oczywiście wszystko uzależniłam od nastroju, jaki akurat mam, potrzeby relaksu, stresu, tego jak intensywny seks uprawialiśmy w nocy, lub o poranku a nawet tego, jaka za oknem jest pogoda.
Chwile dyskutowaliśmy o tym, co lubię najbardziej i czemu tak bardzo kocham uprawiać seks z sama. Wyjaśniłam mu, jakby nie wiedział o tym dobrze, że pomaga mi to odreagować stres związany z projektem, który nie wychodzi, terminami, że czasami potrzebuję tego by się odprężyć a kiedy indziej dla zwykłej chutliwej pożądliwości. Oczywiście nigdy nie kryłam się przed nim z moim narcystycznym zamiłowaniem do autoerotyzmu. Zawsze wiedział o tym a mała palcówka w moim wykonaniu często towarzyszyła nam jako gra wstępna. Robert wprost uwielbia patrzeć jak pieszczę się na jego oczach, czy jak ujeżdżam poduszkę.
Swoją drogą mój mąż także lubi rozładować się w podobny do mojego sposób. Zwłaszcza, gdy musi gdzieś sam wyjechać. Jak twierdzi lubi się masturbować gdy nie ma innej możliwości rozładowania się, ale jeśli ma wybór to woli bym to ja wzięła jego sprawy w swoje ręce. Ja nie mogłabym powiedzieć, że pieszczę się w zastępstwie seksu. U nie te dwie rzeczy istnieją obok siebie. Jest seks i jest autoerotyzm. Każde z nich ma swoje miejsce i cenie je w bardzo podobny sposób.
Wracając do naszej rozmowy, postanowiłam, przez jakiś czas (tydzień, dwa) prowadzić intymną statystykę tego ile razy kocham się z samą sobą, ile mam dziennie orgazmów, gdzie i w jaki sposób to robię.
W następnym wpisie zacznę od minionego poniedziałku, a potem w ciągu tygodnia będę uzupełniała dane o kolejne dni
.

