o południu troszkę nudziłam się. Z ciekawości zrobiłam inwentaryzację naszych erotycznych zabawek rozmieszczonych w sypialni, w naszym ‘loszku’ na poddaszu, tych schowanych w łazienkach jak i kilku, które znalazłam w sypialni Marty, pokojach gościnnych, czy nawet kuchni.
Sporo tego. Wszystkie zostały ponownie wymyte, wysuszone, posegregowane i poukładane. Znalazłam też kilka rzeczy, których nigdy nie użyliśmy:
- dwie pary pończoszek, które zamiast na pasku nosi się na tasiemkach przyczepianych klamerkami do warg sromowych
- metalowe kulki gejszy; chyba prezent od którejś z dziewcząt na moich ‘babskich’ urodzinach dwa lata temu
- strój pokojówki z sexshopu; paskudnie uszyty i fatalnej jakości, nie dziwię się, że nigdy nie miałam go na sobie
- dwie elektrody do naszego zestawu PES; kupione dla Roberta, sonda do cewki moczowej i opaska na żołądź, nigdy nie wypróbowane
- ogromna, nadmuchiwana wtyczka analna przywieziona kiedyś przez Roberta z Niemiec; dawniej wydawała się monstrualna, dziś jakoś łaskawiej patrzę na jej rozmiary
- drewniane, ręcznie robione dildo w ładnym etui; kupione w Stanach, jakoś nigdy nie zdecydowałam się go użyć
Poza strojem pokojówki, który wylądował w koszu i drewnianym kawałkiem sztuki rękodzieła odłożonym na bok reszta trafiła do naszej komody.
Zadowolona z wykonanej pracy podłączyłam do gniazdka moje ukochane Hitachi Magic Wand, rozebrałam się do naga, naniosłam odrobinę żelu na wargi i włączyłam mojego dużego, białego przyjaciela. Uwielbiam się nim masturbować. Było tak dobrze, że po chwili odpoczynku zaczęłam zabawę od nowa. Za drugim razem nie spieszyłam się aż tak bardzo z orgazmem, ale gdy przyszedł łkałam trzęsąc się cała.
Zadowolona z siebie wyciągnęłam Magic Wand Marty (prezent ode mnie) i zaniosłam jej do pokoju mówiąc, że powinna się rozerwać, a gdy skończy przyjść na lunch do kuchni.
Krojąc usmażoną pierś z kurczaka w kostkę słyszałam jak z pokoju Marty niesie się charakterystyczny dźwięk. Przyszła, gdy kończyłam mieszać składniki sałatki. Lubię, gdy jej oczy błyszczą w ten sposób.
Po latach eksperymentów z najróżniejszymi wibratorami ciągle uważam, że nie ma nic, co byłoby w stanie zagrozić pozycji Hitach Magic Wand. Dopiero daleko za nim są niektóre modele rabbitów (te z wyginającymi się główkami), a dopiero gdzieś w oddali plasuje się reszta wibrujących przyjaciół kobiet. Nie twierdzę, że inne wibratory są złe. Spełniają swoją rolę, jednak, gdy raz zakosztuje się potężnych wibracji magicznej różdżki zmienia się skala porównawcza. Z całego serca mogę polecić Hitach Magic Wand jako doskonały prezent dla partnerki.
Wzrokowcom polecam film instruktażowy.

