ały poranek był zwariowany. Robert wstał znacznie wcześniej niż zwykle. Najgorsze, że jakimś cudem udało mu się obudzić Marysię. Tak więc świt spędziłam z bardzo nieszczęśliwą, z powodu niespodziewanej pobudki małą. W międzyczasie wszyscy wyparowali z domu. Marysia uspokoiła się dopiero około dziewiątej zasypiając przy piersi. Mi już nie udało się usnąć.
Czułam się spięta! Zamiast kłaść się na siłę spać sięgnęłam po mój sprawdzony sposób na odreagowanie stresu. Mały, biały wibrator. Nie większy niż 15 cm, sztywny, bez żadnych fikuśnych funkcji, czy kształtów. Coś co ma jedno zadanie – wibrować i umożliwiać stymulację warg, łechtaczki i wejścia pochwy.
Byłam sama i wiedziałam czego chcę. Nie było w moim akcie niczego zbędnego, ponad to co konieczne. Położyłam się na łóżku podparta lekko na poduszce. Podciągnęłam koszulkę pod piersi, rozprowadziłam odrobinę żelu pomiędzy wargami i włączyłam mój wibrator. Orgazm przyszedł szybko, jednak czując niedosyt kontynuowałam zabawę. Wpadłam w typowy dla mnie trans pieszczot, westchnięć i spazmów. Po trzecim, kolejne orgazmy posypały się jak z rękawa.
Kochałam się z sobą około godziny, z krótkimi przerwami, by sięgnąć po tubkę żelu lub wymienić baterię. Nie wiem ile miałam orgazmów, nie liczyłam. Na pewno była to dwucyfrowa liczba, ale nie o to przecież chodziło. To, co się liczyło to fakt, że przez blisko godzinę nurzałam się w rozkoszy, jaką tylko ja sama potrafię sobie sprawić. Od ponad dwudziestu lat poznaję własne ciało, i dalej nie wiem, gdzie leżą granice jego możliwości. Wciąż ich poszukuję.
Lubię mój mały wibrator. Jest swoistym przeciwieństwem mojej drugiej ulubionej zabawki, Hitachi Magic Wand. Obie służą wprawdzie do tego samego, jednak dają to w zupełnie różny sposób.
W sumie poranek nie był aż taki zły!

