a początku tygodnia zachorowała Marysia. Dzień po niej tatuś Marysi i zrobił się w domu mały szpital. Ze względu na Martusię w domu wprowadzono zarząd komisaryczny z jednoosobowym komitetem do zapobiegania skutkom epidemii, ze mnę w roli głównej. Mąż został wyprowadzony do pokoju gościnnego na parter. Piętro zostało odcięte a kontakty tatusia i siostrzyczki z nowym mieszkańcem domu wstrzymane do odwołania. Robert tylko przez chwilę śmiał się z pomysłu poruszania na trasie pokój – kuchnia w maseczce na ustach. Nie przestraszyłam się aż tak bardzo gorączki jaka miał Maz i córka, co problemów z układem trawiennym. O ile dorosły jakoś poradzi sobie z odwodnieniem, to dla dziecka to już poważne zagrożenie.
Oczywiście najbardziej chory jest Robert. O ile Marysia biegała zadowolona z gorączką to tatę ona zupełnie rozłożyła. Marysi wystarczyły dwa dni, by zapomniała o przesiadywaniu w łazience na nocniczku, gdy tatuś do wczoraj spędzał w niej sporo swego cennego czasu. Z drugiej strony sama nie wie, czy robił to z rzeczywistej potrzeby, czy też chronił się przez zachwycona obecnością taty w domu córką
. Marysia potrafi być wyjątkowo wymagającą panienką.
W tej chwili wszystko wydaje się pod kontrolą. Mam nadzieję, że z Martusią nie podzielimy smutnego losu chorej cześć rodziny.
Przymusowa separacja z mężem miała też ta przykra konsekwencję, iż nasze życie intymne umarło. No, przynajmniej to ‘Robertowe’, bo moje ‘dostosowało się’.
Zmuszona, radzić sobie sama wzięłam sprawy we własne ręce, dosłownie. Nie chodziło jedynie o rzeczywiste potrzeby ciała. Seks i nierozerwalnie z nim związane spełnienie są mi potrzebne tez by radzić sobie ze stresem i napięciem mu towarzyszącym. Zwłaszcza tera, gdy cały dom jest na mojej głowie, a ja martwię się o zdrowie chorych i o to by zdrowi nie zachorowali. Zwyczajnie potrzebuje bardziej niż zwykle odprężyć się a orgazm jest najlepszym środkiem jaki znam.
Nie mam dla siebie za wiele czasu w ciągu dnia. Owszem, gdy naprawdę tego potrzebuje potrafię się zadowolić pięciominutową palcówką w łazience. Nie w tym jednak rzecz. Nie lubię fast-foodów, szczególnie gdy mogę wybrać wykwintna kolację.
Rytuał zaczyna się gdy w domu robi się cicho. Gdy zmęczony chorowaniem szpital zasypia, gdy mam już za sobą karmienie Martusi… Biorę długi, gorący prysznic. Wcieram w wilgotne ciało balsam. Rytuał ten jest niczym gra wstępna. Pobudza, pozwala mi w swej nudnej rutynie wyciszyć się i zapomnieć o troskach. Naga wślizguję się w pościel. Ogrzewam ciało dłońmi, sięgam po olejek z pestek winogron, wcieram go w uda, pierś, srom. Lubię jego konsystencję, zapach i to jak wchłania się w skórę nawilżając ją i zapewniając jej wyjątkową miękkość. Nie spieszę się. To co robię jest zupełnie różne od pośpiesznej, wstydliwej masturbacji pod kołdrą. Z rozwagą pieszczę całe ciało. Długo rozkoszuje się własnym dotykiem, a rozgrzana ciepłem dłoni bezwstydnie kocham się z sobą szeroko rozchylając uda. Moje pieszczoty są jak uczta składając się z wielu dań i przystawek. Nauczyłam się ich kosztować od czasu do czasu spłukując ich smak winem orgazmu. Gdy kocham się z sobą w ten sposób czas staje w miejscu. Nie patrze na zegarek, nie liczę orgazmów. Jeśli mam ochotę zamykam oczy na jakiś czas i popadając w coś w rodzaju drzemki dopijam orgazm leniwie pieszcząc uspokajające się powoli ciało. Kiedy indziej mam ochotę jak najszybciej ponownie wspiąć się na szczyt, spaść z niego i wrócić nań raz jeszcze. Lubie też mozolnie wspiąć się na Olimp, a gdy go zdobędę pozostawać na nim przez długie minuty. Kocham siebie, kocham się pieścić, jestem multiorgazmiczna, znam doskonale własne ciało… Z wiekiem nauczyłam się grać na nim z prawdziwą wirtuozerią.
Autoerotyzm odpręża i daje mi prawdziwie głębokie zadowolenie. Nie jest namiastką seksu… Jest jego naturalnym i pełnoprawnym uzupełnieniem.


Zdrowia wszystkim życzę!
Agnieszko, fotografia Rudej bardzo mnie … zaintrygowała! Dziękuję, bo cieszy oczy moje.
pozdrawiam Was (i Czytelników) serdecznie
A/K
Dziękuję
Jeśli tak spodobał ci się rudzielec (urocza, prawda?) to pewnie chętnie zapoznasz się z nią bliżej:
http://hosted.x-art.com/galleries/deep_pink/index.php?PA=1475651
To ja dziękuję!
Te piegi na ciele… przypominają mi najwspanialszą konstelację, jaką kiedykolwiek dotąd widziałem…
, ale jakbyś trafiła kiedykolwiek na galerię takich bogiń z kotami, to będę w raju (vide: Charles Baudelaire i jego „Koty”…)
Oh, nie chcę Cię męczyć
botaniczne „mrau” i dziękuję
A/K
jednym z najlepszych srodkow na taki atak rotawirusa – klasycznej 3-dniowki – jest picie coca-coli w ogromnych ilosciach. tak. dziwne, ale skuteczne.
pozdr.
To dobrze, że mnie nie dopadło. Nie lubię coca-coli. Mąż za to mógłby spróbować następnym razem… Dziecku raczej nie zaordynowałabym takiej kuracji
Pozdrawiam,
Aga