eata zjawiła się w dość minorowym nastroju. Dopiero podczas wspólnej kąpieli, gdy w butelce sherry pojawiło się dno przerwała prowadzoną półsłówkami rozmowę wybuchając:
- Ja wcale nie chcę być w ciąży!
Potem było już łatwiej wyciągnąć, o co jej dokładnie chodzi. Podsumowując półgodzinny, bełkotliwo-płaczliwy monolog pijanej kochanki (spiłyśmy się obie jak prosiaki). Najbardziej w byciu matka przerażał ja poród i strata figury, o którą tak bardzo dbała. Przepraszam z a wyrażenie, ale powiedziałam jej, że jest „głupią cipą” i że „powinna się leczyć”. Sorry, byłam pijana i nie mogłam się powstrzymać. Zniosła dzielnie moja konstruktywna krytykę. Zapytała tylko:
- Serio?
A ja odparłam, że jeśli tylko o to się martwi to jest „głupią cipą” i nie zmienię zdania. Najwyraźniej ja to ucieszyło, gdyż nagle uśmiechnęła się, po czym z pijaną fantazją zanurkowała pomiędzy moimi udami. Najwyraźniej zapomniała, że pod woda nie można oddychać. Na szczęście jej próba samobójcza zakończyła się szybką akcja ratunkową. Za włosy wyciągnęłam jej głowę z wody, a gdy skończyła się krztusić zaproponowałam sypialnie jako bardziej bezpieczne miejsce do uprawiania seksu. Na nieszczęście po drodze znaczonej śladami wody ściekającej z nagich ciał zahaczyłyśmy o barek. Druga butelka wina okazała się w konsekwencji błędem. Seks dwóch pijanych kobiet ma coś z chaosu splątanych kończyn i poszukiwania łechtaczki partnerki jakby z zawiązanymi oczami. Mimo przeszkód i komplikacji, jakie powodował nasz stan, a może właśnie dzięki nim, seks wydawał się wyjątkowo ekscytujący. Niestety kolejna porcja wina sprawiła, że odprężone miłością zasnęłyśmy. Obudził nas Robert, który zastał mnie i Beatę nagie w łóżku, śpiące pod niemiłosiernie stłamszonym prześcieradłem. Byłyśmy kompletnie pijane. Tylko dzięki jego pomocy udało się nam przetrwać prysznic, wysuszyć włosy i ubrać. Podobno, gdy Karol odbierał Beatę ta półprzytomna wołała, że chce by zrobił jej słodkiego dzidziusia. Robert dyplomatycznie wytłumaczył nas z pijaństwa. Podobno odreagowywałyśmy podjęcie decyzji o wspólnej zmianie stanu na ten bardziej błogosławiony.
Chyba wszystko skończyło się dobrze. Nie wiem, mam od rana kaca i zero ochoty by wydzwaniać do podobnie jak ja skacowanej Beaty. Może po południu, gdy tabletki zaczną działać nieco lepiej, sprawdzę jak Karol przyjął wczorajszą zgodę Beaty na macierzyństwo.
Wczoraj obie zachowałyśmy się dość lekkomyślnie… Stąd właśnie tytuł dzisiejszego wpisu. Sam nie mogę uwierzyć jak bardzo się wygłupiłyśmy! Dobrze, że Robert pomógł nam uratować sytuację.

